Spis treści
- Teoretycznie kary mogą sięgać 50 tys. złotych, ale w praktyce to nie działa. Rodzice są coraz „sprytniejsi”
- Szukają „świadomych” lekarzy. NIK ostrzegała przed problemem
- Około 200 tys. dzieci bez szczepień. System kar działa w zaledwie kilku procentach przypadków
- Cyfrowa książeczka szczepień, mandaty zamiast długiej procedury. Planowane są zmiany
Teoretycznie kary mogą sięgać 50 tys. złotych, ale w praktyce to nie działa. Rodzice są coraz „sprytniejsi”
Tematem tzw. podziemia antyszczepionkowego zajęła się „Gazeta Wyborcza”, opisując sposoby rodziców na unikanie konsekwencji braku szczepień. Chociaż urzędy wystawiają coraz więcej tytułów wykonawczych, procedura egzekwowania jest opieszała, a obywatele potrafią ciągnąć batalię z państwem przez długie lata. Skutki nieszczepienia bywają tragiczne, o czym świadczy historia zaledwie sześcioletniego chłopca, u którego niedawno zdiagnozowano błonicę. W marcu 2025 roku wrocławscy medycy potwierdzili u niego to schorzenie po powrocie rodziny z wczasów na Zanzibarze. Był to pierwszy taki przypadek w naszym kraju od ćwierćwiecza. Dziecko nie miało obowiązkowych szczepień i znalazło się w stanie zagrażającym życiu. Cierpiało z powodu niewydolności krążeniowo-oddechowej oraz zapalenia mięśnia sercowego, jednak ostatecznie, po wielodniowej hospitalizacji, zostało uratowane.
To wydarzenie wywołało jednak poważne konsekwencje prawne. W połowie 2025 roku oboje rodzice usłyszeli prokuratorskie zarzuty. Odpowiedzą za to, że rezygnując ze szczepienia narazili swojego potomka na utratę życia i zdrowia, wywołując u niego groźną chorobę. Przyznali się do tego i wkrótce mogą usłyszeć wyrok nawet pięciu lat więzienia. W momencie przygotowywania tekstu postępowanie jeszcze trwało.
System w teorii posiada określone ramy postępowania dla rodziców odmawiających szczepień z Programu Szczepień Ochronnych. Kiedy lekarz odnotuje brak podania preparatu, ma obowiązek powiadomić Powiatową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną. Sanepid najpierw apeluje o złożenie wyjaśnień, a następnie – gdy to nie skutkuje – zgłasza sprawę do wojewody, który ma prawo wlepić grzywnę do 10 tys. zł. Kwota ta, naliczana wielokrotnie, nie może przekroczyć 50 tys. zł.
Jeżeli obywatel ignoruje kary finansowe, do akcji wkracza skarbówka, mająca możliwość blokady kont bankowych, pensji czy zwrotów podatku. Sądowe finały, w tym te rzutujące na władzę rodzicielską, należą do ostateczności. Jak ustaliła „Wyborcza”, teoria nijak ma się do praktyki. Procedury ciągną się w nieskończoność, a ukarani bezlitośnie obnażają braki urzędniczej machiny.
Informacjami na temat omijania systemu przeciwnicy szczepień przerzucają się w wirtualnej przestrzeni. Szukają tam kruczków prawnych i instrukcji na maksymalne wydłużenie procesu urzędowego. Przykładowo, jedna z matek stwierdziła, że dopiero 54. wezwanie przyniosło skutek i to tylko dlatego, że wcześniejsze szły na stary adres, a prawda wyszła na jaw po zablokowaniu rachunku. Pojawiają się tam instrukcje, jak skutecznie odwlekać w czasie egzekucję, a także wycofywać gotówkę z rachunków przed działaniem komornika skarbowego. W internecie nie brakuje też ofert od osób, które chciałyby kupić pieczątkę z rzekomym potwierdzeniem zaszczepienia. Okazuje się, że to rozwiązanie trudne do zrealizowania, ale w opinii grupy nadal możliwe.
Szukają „świadomych” lekarzy. NIK ostrzegała przed problemem
Rodzice uciekają się także do poszukiwania legalnych, medycznych dróg na niewykonanie szczepienia. W internecie pojawiają się nazwiska tzw. "świadomych" specjalistów z Trójmiasta i Dolnego Śląska, którzy mieliby ze zrozumieniem podchodzić do niechęci pacjentów. Dzielą się również metodami zachowania w gabinetach – jedni radzą nawet nagrywać rozmowy lekarskie dyktafonem na wypadek ewentualnych komplikacji medycznych, aby mieć tak zwany "dupochron".
Nie każde takie oświadczenie stanowi jednak tarczę. Bohaterka jednego z artykułów otrzymała prawie 3,5 tys. zł kary, choć dysponowała dokumentem poświadczającym dwuletnie odroczenie szczepienia. Problem polegał na tym, że papiery podpisał homeopata, a wymogiem prawnym jest podpis medyka pierwszego kontaktu. W materiale opisano także sytuację wielodzietnej matki, której najmłodsza dwójka nie przyjęła szczepionek poza szpitalnymi tuż po urodzeniu. Wyjaśniła, że jej pierwsze dziecko źle zareagowało na iniekcje, więc przy kolejnych po prostu podjęła ryzyko, licząc na odporność stadną społeczeństwa. Ukrywa to jednak przed światem z obawy przed byciem uznaną za „oszołomkę”.
Brak oczekiwanej odporności populacyjnej – wynoszącej ok. 90-95 proc. – zaniepokoił Najwyższą Izbę Kontroli. Z danych WHO jasno wynikało, że zaszczepienie nie osiągało tego poziomu w przypadku takich chorób, jak krztusiec, odra czy polio. W jednej ze skontrolowanych przez urzędników przychodni wskaźnik wynosił tragiczne 17 procent. Chaos informacyjny sprawił, że sanepid wziął pod lupę ponad 7 milionów kart pacjentów. Państwowa Inspekcja Sanitarna poinformowała, że prace nad rzetelnym policzeniem tych danych wciąż trwają.
Około 200 tys. dzieci bez szczepień. System kar działa w zaledwie kilku procentach przypadków
Mimo trwających prac, szef sanepidu, Paweł Grzesiowski, zaprezentował już część ustaleń. Według jego wiedzy, w Polsce szczepień unika od 5 do 10 proc. poszczególnych roczników, z czego część posiada uzasadnione przeciwwskazania medyczne. Sanepid szacuje, że w grupie ok. 4-5 proc. to zjawisko odmowy szczepień z winy opiekunów. Mówimy o liczbie 200 tysięcy młodych obywateli. Grzesiowski wskazał jednocześnie, że całościowy wskaźnik wyszczepienia w kraju oscyluje na poziomie od 89 do 95 proc.
Włodarz inspekcji stanowczo ucina doniesienia o gigantycznej eskalacji ruchów antyszczepionkowych, uważając je za propagandę. Uwarunkowania są jednak różne – w województwach na ścianie wschodniej, w pasie od Podlasia przez Lubelszczyznę do Podkarpacia, odsetek szczepień przeciw różyczce czy odrze jest zauważalnie mniejszy. Nadal nie udało się ustalić precyzyjnie grupy pacjentów dysponujących medycznymi zrzeczeniami.
Dziurawy system windykacyjny to bezsprzecznie główna przyczyna obecnego stanu rzeczy. Z danych wynika, że o ile liczba wezwań do egzekucji urosła z ok. 2 tys. w 2016 roku do 5 tys., o tyle proces wciąż trwa i trwa. Krajowy system nie potrafi zebrać podstawowych informacji o karach z tego tytułu. Rzecznik sanepidu Marek Waszczewski potwierdził „Wyborczej”, że Główny Inspektorat Sanitarny nie ma wglądu w dokumentację urzędów skarbowych, a resort finansów nie ma możliwości wyłuskania tych statystyk z całości bazy danych.
Cyfrowa książeczka szczepień, mandaty zamiast długiej procedury. Planowane są zmiany
Przewodniczący GIS, Paweł Grzesiowski, ocenia efektywność działań dyscyplinujących na maksymalnie 5 procent, określając ją jako całkowity anachronizm. Rodzice często wykorzystują luki i ignorują wezwania tak skutecznie, że dzieci zdążą dorosnąć, a postępowanie utyka w martwym punkcie. Przepisy zakwestionowano nawet w Trybunale Konstytucyjnym w ubiegłym roku. Obywatelka poskarżyła się na łamanie wolności decydowania, jednak trybunał zawyrokował, że nakaz szczepień jest konstytucyjny. MZ i GIS planują jednak przełom. Chcą zastąpić postępowanie przed skarbówką modelem znanym m.in. z mandatów drogowych, tak aby można było wyegzekwować należność tuż po potwierdzeniu przez organ, że doszło do luki szczepiennej.
Druga istotna innowacja to rezygnacja z przestarzałych kartotek. System ma przenieść się do cyfry i powędrować na Internetowe Konto Pacjenta. Rejestr zawierałby dane o odroczeniach, szczepieniach czy ewentualnych NOP-ach. Placówki medyczne byłyby z kolei odciążone z obowiązku powiadamiania inspekcji sanitarnej.
Reformy miały wystartować przed lipcem, lecz, według „Wyborczej”, nie przedstawiono żadnego projektu ustawy. Póki co jedyną skuteczną blokadą dysponują władze lokalne. Samorządowcy we Wrocławiu, stolicy czy Białymstoku ustanowili bowiem barierę w procesie rekrutacji do żłobków, które wymagają udowodnienia odbycia kompletu szczepień przez podopiecznych.