Czersk pożegnał zamordowanego pana Kazimierza. Szokujące sceny na cmentarzu po pogrzebie

2026-06-21 10:47

Przez blisko pięć dekad służył lokalnej społeczności, wożąc ludzi w najważniejszych chwilach ich życia. W sobotę tłumy mieszkańców Czerska odprowadziły w ostatnią drogę 75-letniego pana Kazimierza, który zginął zamordowany w trakcie swojego ostatniego kursu. Zbrodnia wstrząsnęła miastem do tego stopnia, że wielu sąsiadów wciąż obawia się głośno komentować te dramatyczne wydarzenia.

Rozpacz w Czersku. Zniknęła taksówka, którą jeździł pan Kazimierz

Obecnie na czerskim postoju dla taksówek panuje przejmująca pustka. Jeszcze parę tygodni temu parkował tu swój pojazd pan Kazimierz, postać doskonale znana w całym mieście. Dziś brakuje tam nie tylko jego samochodu, ale też charakterystycznego, ciepłego głosu mężczyzny, który na stałe wpisał się w krajobraz miejscowości.

W miejscu tym płoną dziś znicze, a ludzie wspominają kierowcę z ogromnym sentymentem, czując koniec ważnego etapu. Dla tutejszej społeczności nie pełnił on wyłącznie funkcji szofera. Przez dziesiątki lat był nieodłącznym elementem ich codzienności, pomagając w dotarciu do zakładów pracy, placówek medycznych czy stacji kolejowej, a także uczestnicząc w radosnych świętach i smutnych ceremoniach pogrzebowych.

Uroczystości żałobne zmarłego kierowcy odbyły się w sobotę, 20 czerwca. W tym wyjątkowym pożegnaniu wzięły udział setki żałobników, w tym krewni, znajomi z sąsiedztwa i dawni klienci, którzy przez niemal pół wieku podróżowali z nim po tutejszych drogach.

Tym razem to mieszkańcy odprowadzili 75-latka w jego ostatnią drogę. Trumnę z ciałem złożono w rodzinnym grobowcu. Decyzją bliskich, podczas ceremonii zrezygnowano z ekspozycji fotografii zmarłego. Rodzina pragnęła zatrzymać w sercach jego prywatne oblicze – kochającego męża, ojca i dziadka, dla którego relacje z ludźmi stanowiły największą wartość.

Pogrzeb taksówkarza. Wzruszające słowa księdza i pożar zniczy na cmentarzu w Czersku

W trakcie nabożeństwa żałobnego prowadzący mszę duchowny skierował do najbliższych zmarłego niezwykle krzepiące słowa.

– Droga rodzino, jesteście dzisiaj bardzo bliscy sercu Jezusa, ponieważ doświadczacie cierpienia, na które w żaden sposób nie zasłużyliście – mówił kapłan.

Zaznaczył również, że wylewane łzy, dotkliwy ból i milczenie stanowią w pełni naturalny dowód przywiązania oraz ogromnej tęsknoty za żegnanym człowiekiem.

– Są wyrazem miłości do tych, których przychodzi nam tutaj, na ziemi, pożegnać – dodał.

Tuż po zamknięciu oficjalnej części pogrzebu doszło do nieoczekiwanego incydentu, który mocno poruszył zgromadzonych. Kiedy cmentarz opustoszał, a obsługa zakładu pogrzebowego układała wieńce na świeżo zasypanym grobie, w ponad 30-stopniowym skwarze pękła obudowa jednego ze zniczy. Wybuchł ogień, który błyskawicznie zajął pobliskie wiązanki.

Zagrożenie na cmentarzu zostało bardzo szybko zneutralizowane przez obecnych na miejscu ludzi. Choć specjaliści wskazują na nieszczęśliwy wypadek wywołany upałem, nietypowe zjawisko wywołało wśród lokalsów falę szeptów i konsternację.

Mateusz G. zamówił kurs do Chojnic. Morderstwo w lesie obok Młynek

Życie pana Kazimierza brutalnie przerwano 12 czerwca. Wyjechał wówczas do pracy z zamiarem wykonania kolejnego zlecenia. Zgodnie z policyjnymi informacjami, stały klient, 27-letni Mateusz G., poprosił o transport do Chojnic.

Podczas jazdy młody mężczyzna miał zażądać postoju na leśnym parkingu zlokalizowanym niedaleko miejscowości Młynki. To tam sprawca zaatakował starszego kierowcę. Mimo prób samoobrony, 75-latek zmarł na skutek zadanych mu ciężkich ran.

Morderstwo wieloletniego pracownika wywołało w miasteczku paraliżujący strach. Mimo ogromnego sentymentu, część osób stanowczo odmawia publicznego komentowania sprawy. „– Boimy się. Tutaj wciąż mieszka rodzina sprawcy. Wolimy nie wypowiadać się pod nazwiskiem – mówi jedna z kobiet spotkanych po uroczystościach pogrzebowych.”

– Kaziu zaczął jeździć jeszcze w latach 70. Woził ludzi do lekarza, na dworzec, wesela i pogrzeby. Zawsze był pogodny, spokojny i uśmiechnięty. Takich ludzi się nie zapomina – wspomina pan Jan, znajomy zmarłego.

Kolejna z kobiet uczestniczących w pożegnaniu nie kryła swojego wstrząśnienia całą sytuacją:

– Najstraszniejsze jest to, że on po prostu pojechał do pracy. Jak każdego dnia. I już z niej nie wrócił.

Znicze na miejscu zbrodni. Czersk nigdy nie zapomni o swoim szoferze

Dziś na czerskim placu postojowym po aucie zamordowanego nie ma już żadnego śladu. Z kolei w zalesionym terenie obok Młynek, gdzie rozegrał się ten mrożący krew w żyłach dramat, okoliczni mieszkańcy wciąż stawiają zapalone lampiony i rzucają świeże kwiaty.

W pamięci tutejszej społeczności 75-latek zapisze się jako niezwykle oddany swojej profesji człowiek. Przez niemal 50 lat dbał o to, by bezpiecznie dowozić klientów pod wskazane adresy. Swoją ostatnią podróż zakończył w miejscu zbrodni, skąd nie miał już szansy wrócić do kochającej rodziny.