Śledztwo przyspiesza. Nowe dowody i kluczowa opinia biegłych
Jak mówił były dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji isp. Marek Dyjasz, nie ma "zbrodni doskonałej". Są jedynie błędy policji i niedokładnie prowadzone śledztwa. Tak również było w sprawie 19-letniej Iwony Wieczorek z Gdańska, której ciała nie odnaleziono od blisko 16 lat. Do dziś jej zabójca nie stanął przed sądem i wciąż nie wiadomo, kto nim jest.
W tym roku śledztwo w sprawie zaginięcia gdańszczanki wyraźnie przyspieszyło. Naczelnik wydziału Prokuratury Krajowej w Krakowie, prokurator Eryk Stasielak, informował o kolejnych działaniach. Ponownie przesłuchiwani są świadkowie, a jak podawały nieoficjalne źródła – także funkcjonariusze policji. W lutym prokurator zaznaczył w rozmowie z mediami, że pojawiły się nowe, obiektywne dowody w sprawie Iwony Wieczorek. Tym razem nie chodzi o zeznania, a o coś "materialnego".
Śledczy zajmujący się tą niewyjaśnioną sprawą czekają obecnie na nową opinię biegłych. Jak przyznał naczelnik małopolskiego wydziału Prokuratury Krajowej w rozmowie z „Wyborczą”, może ona mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu śledztwa.
- Uzyskanie tej kompleksowej opinii, wykonywanej przez jeden z najlepszych ośrodków w kraju, to kwestia kilku tygodni - mówi w rozmowie z "Wyborczą" prokurator Eryk Stasielak.
Śledczy nie ujawniają jednak, czego dokładnie ma dotyczyć przygotowywana opinia.
- Nie mogę tego ujawnić, bo opinia będzie podstawą do naszych dalszych działań w terenie, które chciałbym, aby były wykonywane w spokojnej atmosferze - mówił prokurator w rozmowie z portalem.
Dodał jednocześnie, że rozumie zainteresowanie mediów tą sprawą, ale musi bardzo ostrożnie dobierać słowa.
- Prasę mogą również czytać osoby, bądź osoba będące w naszym kręgu zainteresowań - zaznaczył Stasielak.
16 lat tajemnicy i dziesiątki teorii. Czy rozwiązanie jest prostsze, niż się wydaje?
Sprawę Iwony Wieczorek śledzimy już od 16 lat. Jej zniknięcie było łączone z Zatoką Sztuki, „Krystkiem”, „Czapeczką” i innymi kryminalnymi wątkami. Nic dziwnego, sprawa zyskała tak duży medialny rozgłos, że im dłużej pozostaje nierozwiązana, tym więcej pojawia się hipotez. Wiele z nich było szeroko analizowanych przez media i internautów. Opinia publiczna wciąż czeka na przełom. Jednak, jak zaznaczają śledczy, rozwiązanie tej sprawy może być znacznie prostsze i dalekie od scenariuszy rodem z netflixowych seriali. 19-latka najprawdopodobniej zginęła przypadkowo, w wyniku kłótni, a za jej śmierć może odpowiadać ktoś z najbliższego otoczenia. Tak było m.in. w sprawie Joanny Gibner z Olsztyna, która zaginęła w 1996 roku, a jej ciało odnaleziono dopiero 24 lata później.
Sprawa zaginionej olsztynianki to ważny przykład w historii polskiej kryminalistyki. Pokazuje, że nie trzeba być doświadczonym przestępcą ani działać w zorganizowanej grupie, by skutecznie ukryć ciało na długie lata. Joannę zabił jej mąż, który wraz z bratem ukrył zwłoki. Prawda mogła nigdy nie wyjść na jaw. Sprawa została rozwiązana dopiero wtedy, gdy między braćmi doszło do konfliktu i przerwana została tzw. „zmowa milczenia”.
Monitoring, który mógł pomóc… i sprawy, które pokazują, że to nie takie proste
Zaginięcie Iwony pod pewnymi względami przypomina sprawę Joanny. Przez lata nie było wiadomo, co stało się z mieszkanką Olsztyna, która - jak się później okazało - zginęła we własnym mieszkaniu. Gdyby w latach 90. w okolicy jej domu funkcjonował monitoring, sprawa najprawdopodobniej zostałaby szybko wyjaśniona.
W przypadku zaginięcia Iwony z 2010 roku monitoring był wszechobecny i — z dużym prawdopodobieństwem — mógł zarejestrować jej sprawcę. Jeśli 19-latka wsiadła do samochodu lub udała się pieszo do mieszkania innej osoby, moment ten mógł zostać uchwycony na nagraniach. Problem polega na tym, że śledczy nie zabezpieczyli materiałów na czas, przez co większość z nich bezpowrotnie przepadła.
Taki moment mógł zostać zarejestrowany, ale lecz - co ważne - nie jest to pewne. Pokazuje to sprawa Grażyny Ż. z Rumi, która w 2009 roku wyszła na zakupy i zniknęła bez śladu. Po opuszczeniu sklepu jakby rozpłynęła się w powietrzu. Ostatnie nagranie, do którego dotarli śledczy, pochodziło właśnie z marketu. Wszystko wskazywało na to, że kobieta zniknęła po wyjściu ze sklepu. Nie wiadomo było, w którą stronę się udała. Żelazne alibi mieli mąż Grażyny i syn, którzy przez cały ten czas przebywali w mieszkaniu. Wydawało się więc, że mężczyzna nie mógł wyjść z domu, odnaleźć żony, pozbawić jej życia, ukryć ciała i wrócić niezauważony. Nie starczyłoby na to czasu, a jego nieobecność ktoś powinien zauważyć. Z czasem sprawa została umorzona.
W miejscu zamieszkania kobiety nie było monitoringu. Nikt zatem nie mógł wiedzieć, że po zakupach kobieta wróciła do domu. A tak się właśnie stało! Sprawca miał też sporo szczęścia. Powrotu kobiety ze sklepu nie zauważyli ani sąsiedzi, ani nawet syn małżeństwa, który w tym czasie przebywał w mieszkaniu i grał na komputerze. Grażyna zginęła bowiem feralnego wieczora we własnym domu z rąk męża. Sprawę po latach wyjaśnili funkcjonariusze Archiwum X. Przeszukując stare akta zauważyli, że w zeznaniach męża zaginionej pojawiły się nieścisłości. W 2016 roku postanowiono przeszukać posesję małżeństwa Ż. Technicy znaleźli zakopane ciało Grażyny koło garażu.
Ciała ukryte na lata. Przypadek czy geniusz sprawców?
Z kolei ciało Joanny Gibner zostało odnalezione za sprawą fundacji Janusza Szostaka po 24 latach od zaginięcia. Za zbrodnię karę więzienia odbył już jej mąż — Marek. Został skazany w procesie poszlakowym za zabójstwo, po tym jak sprawa wyszła na jaw w wyniku szantażu ze strony jego brata, który pomagał w ukryciu ciała 23-latki.
Co istotne, mężczyzna wskazał śledczym zbiornik wodny, w którym razem z bratem miał ukryć zwłoki. Po kłótni małżeńskiej udusił żonę, a następnie — przerażony tym, co zrobił — schował ciało w wersalce. Kiedy matka Joanny szukała córki i odwiedziła jej męża w mieszkaniu, ciało wciąż znajdowało się w kanapie.
Po kilku dniach brat sprawcy zorganizował ponton. Wspólnie wypłynęli na środek zbiornika wodnego i ukryli ciało na jego dnie. Po latach, gdy mężczyzna przyznał się do winy, śledczy dokładnie przeszukali wskazany akwen, jednak nie natrafili na zwłoki. Brano pod uwagę m.in., że po tak długim czasie mogli pomylić miejsce i ciało znajduje się w innym jeziorze.
Dopiero na prośbę matki zaginionej sprawą zajęła się fundacja dziennikarza śledczego. Kluczowe okazały się zeznania, według których ciało zostało obciążone złomem. Nurek wykorzystał więc wykrywacz metali — i to właśnie dzięki temu udało się odnaleźć zwłoki. Co ciekawe, znajdowały się one w zbiorniku, który wcześniej był już dokładnie przeszukiwany.
Gdyby nie przerwana zmowa milczenia, ciało Joanny do dziś spoczywałoby na dnie. Mąż kobiety już nie żyje, więc nie mógłby teraz przyznać się do zbrodni, a sprawa najprawdopodobniej nigdy nie zostałaby rozwiązana. Czy można mówić tu o geniuszu braci? Bynajmniej. To, że tak skutecznie ukryli ciało, było raczej dziełem przypadku. Nie znali oni przecież procesów rozkładu ciała, nie wiedzieli, że źle zabezpieczone i niewłaściwie obciążone zwłoki mogłyby wypłynąć na powierzchnię. W tym przypadku „pomógł” złom, a także fakt, że sprawca nie działał impulsywnie. Gdyby ukrył ciało tuż po zbrodni, zapewne zrobiłby to niedokładnie, a śledczy szybko by je odnaleźli.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za brakiem odnalezienia ciała Iwony Wieczorek również stoi przypadek. Pojawiają się hipotezy, że w ukryciu zwłok gdańszczanki mógł pomagać ktoś doświadczony. W przeciwnym razie śledczy już dawno natrafiliby na ślad. Jednak wcale nie musi tak być, co pokazuje przypadek z Olsztyna. Pozostaje więc czekać na rozwój wydarzeń i kolejne informacje prokuratury dotyczące postępów w śledztwie.